Znana polska aktorka opowiedziała nam o swojej chorobie. Sporo ją to kosztuje

Anna Karczmarczyk znana widzom miedzy innymi z serialu „Ojciec Mateusz” czy „Za marzenia”, od wielu lat zmaga się z nieuleczalną chorobą – Hashimoto. Aktora musiała nieco przeorganizować swoje życie i zrezygnować z ulubionej przekąski. W szczerej rozmowie opowiada nam o walce z chorobą, frajdzie jaką sprawia jej sport i zaplanowanym macierzyństwie.

Już za chwilę, a dokładnie 4 marca, rozpocznie się emisja premierowych odcinków drugiego sezonu serialu „Za marzenia”. Co wydarzy się w życiu granej przez Ciebie bohaterki, czyli Anki?

Anka bardzo się zmienia. Moim zdaniem będzie jeszcze ciekawszą bohaterką dla widzów. Zawsze była konkretną laską, która widziała wszystko w kategoriach czarne i białe, ale nigdy szare. Teraz się zakochała i jest w związku. Czy szczęśliwym? To się okaże. Na pewno rozkwitła, jest bardziej kobieca, wciąż chętna by pomagać innym. Nastąpi w jej życiu jednak taki moment, kiedy się złamie i wróci do swojego stylu życia i bycia. Co to będzie? Warto oglądać.

Zmienia się na dobre, czy na złe?

Ja lubiłam tę konkretną Ankę, odpowiadało mi to, jaka była, ale jak wiadomo każdy, kto się zakocha, zmienia się. Staje się nieco cieplejszy, więcej rzeczy zauważa. Ma kogoś, o kogo się troszczy bardziej niż o przyjaciela. Starałam się zachować grając tę postać właśnie to, jaka jest, jak różne emocje w niej grają.

Kiedy do ciebie przychodziła miłość, też stawałaś się, tak jak mówisz bardziej opiekuńcza?

Tak. Myślę, że tak. Człowiek zawsze się zmienia, zawsze się dopasowujemy do tej drugiej osoby. Jesteśmy osobnymi bytami, ale gdy zaczynamy być z kimś pokazujemy tej osobie swój świat i nawzajem każdy się w tym świecie mimowolnie mości. Tak to działa.

A kiedy facet cię wkurza to…

Oczywiście, że tupię nogą (śmiech). Wcześniej, kiedy byłam młodsza inaczej podchodziłam do relacji damsko-męskich. Dziś wiem, że ważna jest jasność przekazu. Trzeba mówić, wprost czego się oczekuje, co pasuje, co nie i wiedzieć, co ja sama mogę z siebie dać.

Idzie wiosna. Czy w związku z tym podejmujesz jakieś wyzwania?

Z racji mojego zawodu, tak naprawdę całe życie pracuję nad formą. Poza tym zmagam się z niedoczynnością tarczycy, więc notorycznie jestem na diecie, a właściwie inaczej się żywię i uprawiam sport. Teraz zafascynowana jestem boksem. Razem z moi trenerem od przeszło pięciu miesięcy trenujemy. Poza tym sama w domu ćwiczę np. jogę. Dbam o siebie niezależnie od pory roku. Nie chodzi mi o to, aby iść na rekord i biegać przełaje, ale żeby dłużej i fajniej żyć, mniej albo w ogóle nie chorować, utrzymać ciążę albo wytrzymać kilkanaście godzin w pracy.

Świadomość, że masz niedoczynność tarczycy zmienia życie?

Zmienia. Trzeba uważać na to, co się je, co się robi, jak się żyje. W mojej diecie nie ma gluteny, pszenicy, mam też inne nietolerancje, które źle wpływają na mój organizm, więc ograniczyłam jedzenie mięsa i jajek. Nie jest to proste, bo czasem tęsknię za kromką świeżego chleba ze szczypiorkiem, ale wiem, że oczyszczenie organizmu z tego, co nasila moją dolegliwość jest bardzo ważne. Chodzi o to, aby organizm miał siłę, a ja żebym mogła ją włożyć w to, co lubię robić.

Czy ta wiedza, którą masz pozwala na mocniejsze, bardziej forsujące treningi?

Mój trener wie jak ze mną pracować. Zanim weszliśmy w treningi stricte bokserskie przez długi czas skupialiśmy się nad poprawą mojej mobilności. Teraz to, co robimy to bardziej ćwiczenia cardio. Od razu zaznaczam, że nie mam zamiaru się z nikim bić.

A co ci dają te bokserskie treningi?

Pomagają mi w tym żeby lepiej radzić sobie ze stresem, energią, która się w nas zbiera i, którą fajnie jest wyładować na treningowym worku, ale na pewno nie na drugim człowieku, czy mężu. Może to zabrzmi dziwnie, ale te ćwiczenia pomagają mi w osiągnięciu spokoju ducha. Tak jak powiedziałam nikogo, nawet męża (śmiech) bić nie będę.

Małżeństwo zmienia?

Myślę, że daje poczucie spokoju i stabilności.

Masz wrażenie, że pokolenie 20 plus chce stabilizacji i dlatego coraz częściej decyduje się na sformalizowanie swoich związków?

Nie wiem, czy tak jest. Dla mnie osobiście to bardziej kwestia tego, gdzie się człowiek wychował, jakie rodzice przekazali mu wartości i czego sam oczekuje od życia. Czy ma na nie sprecyzowany plan. Ja jestem z Otwocka, tam wszyscy są już prawie po ślubie (śmiech). W Warszawie jest pęd za pieniędzmi, sukcesami, ludzie zapominają o zbalansowaniu życia, którego częścią jest właśnie rodzina, a ta jest bardzo ważna. Daje skrzydła by lecieć po Oscara jak chociażby Agata Kulesza.

Kobiecość to dla ciebie…

Świadomość siebie, swojej siły, ale i swoich ułomności.

Masz wrażenie, że jesteś na kolejnym etapie swojej kobiecości, że staje się ona z każdym rokiem bardziej dojrzała?

Bliżej mi do 30, nie mam już 18 lat. Jestem żoną, tworzymy dom. Jednym słowem nowy „level” życia.

Jest w nim miejsce na dzieci?

Oczywiście, że tak. Na razie dzieci są w planach, bo jestem bardzo mocno zobligowana pracą, ale zapowiedziała już sama sobie i nie tylko sobie, że to się w pewnym momencie skończy i wtedy przyjdzie czas na dom i dzieci.

Tęsknisz za tańcem i za ta przygodą, jaką był „Taniec z gwiazdami”?

Brakuje mi tego. Broniłam się przed tym programem bardzo mocno, ale po części to właśnie „Taniec z gwiazdami” stworzył mój charakter zawodowy. Otworzył mnie, sprawił, że stałam się bardziej pewna siebie, przestałam się bać i krępować chociażby rozmów z mediami.

źródło: fakt.pl