Witold Paszt w bardzo szczerym i wzruszającym wywiadzie o żonie

O mały włos, a trasa jubileuszowa z okazji 40-lecia istnienia grupy VOX, która właśnie trwa, by się nie odbyła. Wszystko przez niespodziewaną śmierć ukochanej żony lidera zespołu – Witolda Paszta, czyli pani Marty. Muzyk opowiedział nam o trudnej stracie, przepisie na udany związek i początkach swojego legendarnego zespołu.

Na scenie jesteś już 40 lat. Zagrałeś niezliczoną liczbę koncertów. Rodzina nie protestowała, że w czasach świetności wiecznie nie było cię w domu?

– Żona zawsze mnie wspierała. Chociaż postawiła jasną granicę, że nie będzie się włączała w moje życie artystyczne. Zamiast jeździć ze mną na koncerty, postanowiła zająć się domem. Bardzo to zresztą lubiła. Wychowywała cudownie nasze dzieci i tłumaczyła im dlaczego taty wiecznie nie ma w domu, bo córki bardzo za mną tęskniły i nie do końca rozumiały, dlaczego inne dzieci mają na co dzień mamę i tatę, a one nie. Żona mówiła więc, że tata robi coś bardzo dobrego, bo swoją pracą poprawia innym nastrój i że trzeba być z tego dumnym. Słyszałem od niej wiele komplementów. Podtrzymywała mnie na duchu jak nikt.

Kłóciliście się?

– Byliśmy bardzo udanym małżeństwem. Z ręką na sercu przysięgam, że pokłóciliśmy się dwa razy w życiu. I to nie mocno! Praktycznie nie podnosiliśmy na siebie głosu. Jak były jakieś konflikty to szybko znikały. Wystarczyła spokojna rozmowa. Każdemu życzyłbym, by przeżył z drugą osobą 50 lat w takiej ogromnej atmosferze szacunku i miłości.

Jaki jest ten przepis na szczęście w związku?

– Moja żona powiedziała: „Kochanie, zostaję w domu. Jedno z nas musi być normalne”. Myślę, że to właśnie to. Nasze życia bardzo się uzupełniały. Na scenie mogłem się wyszaleć, a w domu wyciszyć. Świetny balans.

Rok temu dotknęła Cię ogromna tragedia. Twoja żona zmarła…

– Świat się dla mnie zatrzymał. Mam na szczęście dwie wspaniałe córki, które podtrzymały mnie na duchu. Natalia powiedziała mi: „Tato, trzeba się brać do pracy. Tylko w ten sposób można sobie poradzić z jej odejściem”. Rzeczywiście, gdybym zamknął się w czterech ścianach, wpadłbym pewnie w depresję. Ale wszystkich prędzej czy później dotyka strata. Trzeba żyć dalej… Mimo wszystko.

Nie spodziewałeś się, że ten dzień nadejdzie?

– Nikt nie jest przygotowany na śmierć ukochanej osoby, dlatego to tak bardzo boli. Dziś trochę inaczej, ale nigdy się z tą sytuacją nie pogodzę. Do końca życia w pewnym stopniu będę się z tego podnosił.

Ludzie często nie wiedzą co zrobić po stracie drugiej osoby. Ty też tak miałeś?

– Na początku tak. Mój świat legł w gruzach, śmierć mojej żony to najgorsza rzecz jaka mnie w życiu spotkała. Człowiek musi jednak w takim wypadku znaleźć sobie miejsce w świecie i jakieś zajęcie. Wracamy do pustego domu i co robić? Bardzo łatwo wpaść w depresję. Mnie pomogła rodzina, która otoczyła mnie opieką. Ja byłem w tej komfortowej sytuacji, że mam pracę, którą kocham i miałem do czego wracać.

Od śmierci twojej żony minął rok. Czas leczy rany?

– Cały czas myślę o swojej żonie i myślę, że tak będzie do końca życia. Przeżyliśmy ze sobą cudowne 50 lat. Znaliśmy się od pierwszej klasy szkoły średniej…

Jak się poznaliście?

– Zupełnie przypadkiem, ale myślę, że to było przeznaczenie. Byliśmy na obozie wędrownym w Kotlinie Kłodzkiej. Nie rozglądałem się wtedy za dziewczynami. Nie miałem w ogóle doświadczenia w sprawach damsko-męskich, ale traf chciał, że pewna dziewczyna skręciła nogę. Byłem tam z gitarą, więc gitarę zarzuciłem na plecy, wziąłem dziewczyną na ręce i jak się jej przypatrzyłem, pomyślałem: „Już cię nie puszczę”. Tą dziewczyną okazała się moja żona.

Jak sobie bez niej radzisz?

– Gdy tylko mogę jadę na działkę, na której mam staw i moje własne molo. Doglądam tam kwiatów, warzyw, owoców, koszę trawę. Żona we mnie to zaszczepiła, bo uwielbiała kwiaty i przyrodę i spędzała tam dużo czasu. Kultywuję więc jej dzieło, by wszystko tam pięknie rosło i żyło. Poza tym spędzam czas z córkami, jedna mieszka niedaleko mnie w Zamościu, a druga w Warszawie, ale często u niej jestem. Dużo pracuję, koncertuję, szykuję materiał na nową płytę z okazji 40-lecia VOX i oczywiście zajmuję się moimi ukochanymi sierściuchami. Nie usiedzę w miejscu.

Dla wnuka też znajdujesz czas?

– Chętnie się nim zajmuję, mamy nawet taki męski rytuał w piątki, tzw. kalesoniarstwo. Robimy sobie popcorn lub inną zdrową przekąskę, gadamy dużo o sporcie, oglądamy jakiś dobry mecz, film albo bajkę. Czasem coś pomajsterkujemy w garażu, porobimy przy motocyklach. Totalny luz. Dziecko nie ma żadnych obowiązków i z dziadkiem odpoczywa od rodziców. Gdy jest pogoda to wykonujemy jakieś drobne prace w ogródku albo gramy w piłkę. Maciek chodzi do szkoły mistrzostwa sportowego i w piłkę gra praktycznie każdego dnia, ale przecież z dziadkiem pograć to też frajda. Świetnie pływa i ma dużo zajęć sportowych, więc taki odpoczynek w piątki jest dla niego świetną odskocznią. I dla mnie zresztą też.

Jak właściwie powstał twój zespól?

– Wszystko zaczęło się przypadkowo. Pracowałem w Zamościu z kapelą podwórkową. Któregoś dnia przyjechał tam mój kuzyn z Tarnowa na urlop, czyli Jurek Słota, który swoją drogą do dzisiaj jest w zespole Vox. Zobaczył, że fajnie gramy i jak na ówczesne czasy mamy dobry sprzęt. Zapytał, czy byłaby jakaś szansa byśmy zaczęli razem grać. Od razu się zgodziłem i poszedłem do prezydenta Zamościa załatwić mu mieszkanie, by mógł być na miejscu. Nie przyznałem się jednak, że jest on moim kuzynem, by nie było protekcji. Prezydent się zgodził, wezwał Jurka i mówi: „Panie Słota, wpłaci pan 30 tys. wkładu na mieszkanie i mieszka pan na Kamiennej 8 w Zamościu”. Chwilę później zainteresowała się nami grupa wokalna z Gdańska.

I przeniosłeś się do Warszawy…

– Pracowaliśmy razem w hotelu Victoria, który był wtedy jedynym ekskluzywnym miejscem w Warszawie. Tam odbywały się rewie muzyczne z orkiestrą dla zagranicznych gości. Poza tym graliśmy w nocnych klubach. Szef Atelier Victoria nakazał mi stworzyć dla niego zespół. Zacząłem więc szukać wokalistów i znalazłem m.in. Grzegorza Markowskiego. Z dwiema dziewczynami, Zosią i Janeczką, oraz Andrzejem Koziołem stworzyliśmy zespół Victoria Singers. Ale potrzebowaliśmy jeszcze pianisty, więc Andrzej ściągnął z operetki Ryśka Rynkowskiego. On wtedy nie był wokalistą, tylko akompaniatorem. Na jednej z prób, na którą dziewczyny z zespołu się spóźniły, Rysiek wydobył z siebie kilka dźwięków i każdy z facetów zaczął śpiewać. One w trakcie słuchały nas zza drzwi, po czym weszły i powiedziały: „Panowie, wy tak fantastycznie brzmicie, że nie ma sensu, byśmy dalej śpiewały z wami”. I to był początek Voxu.

Łatwo było namówić Ryszarda Rynkowskiego do śpiewu?

– Ależ skąd! Wcześniej nigdy tego nie robił. Miał bardzo wąską skalę głosu. Zresztą ma to do dziś. Więc musieliśmy swoje głosy dopasowywać do niego, by to jakoś brzmiało. No ale się udało.

Trudno było zostawić rodzinę?

– Na początku sprowadziłem żonę z małą córką Olą do Warszawy. Mieszkaliśmy na Żoliborzu. Niestety jak przyszedł stan wojenny, pojawiły się schody. Wszystkim trudno było przetrwać. Postanowiliśmy więc, że żona wróci z dzieckiem do Zamościa. Tam byli nasi rodzice i było łatwiej niż w stolicy. Rozłąka była oczywiście trudna. Wyjeżdżałem z zespołem na długie trasy. Ale za to powroty były bardzo miłe. Nie było wtedy „nadbagażu” i do samolotu można było wciskać niezliczone ilości bagażu, więc przywoziłem rodzinie bardzo dużo prezentów zza granicy. U nas nic nie było na półkach, więc byłem takim Mikołajem, który więcej niż raz w roku przynosi coś, czego nikt nie ma. Ciuchy moim dziewczynom sprawiały największą radość. Co jeszcze? Najbardziej zapamiętałem hulajnogę składaną z Australii, którą przywiozłem 25 lat temu i która spotkała się z ogromną aprobatą rodziny. Do dziś nie ma lepszej!

Nie miałeś nigdy momentu wody sodowej?

– Nigdy. Przestrzegam przed tym młodych artystów. Jak zaczynaliśmy, to zanim weszliśmy na scenę mieliśmy przygotowany cały repertuar na koncert, z choreografią i kostiumami. Dziś młodzi ludzie wchodzą na scenę z jednym wylansowanym utworem i poza nim śpiewają covery innych zespołów. Są na fali przez 2-3 miesiące, a potem cisza. Trzeba mieć pomysł na siebie, skromność, szacunek do publiczności i dużo wkładać we własny rozwój.

Zawsze chciałeś być muzykiem?

– Tak. Jako sześciolatek zdałem egzamin do szkoły muzycznej z rytmiki i słuchu i dostałem ocenę celującą. Niestety nie skończyłem jej przez nauczyciela skrzypiec. Grałem na nich fantastycznie, ale ten nauczyciel bił mnie po palcach smyczkiem, więc je rzuciłem i wziąłem się za gitarę. Gdy po latach słyszałem jak pięknie na skrzypcach gra Zbyszek Wodecki, to aż mi serce szybciej zabiło z żalu, że ja też bym tak mógł. No ale widocznie tak miało być… Później na studiach Wychowania Muzycznego popadłem w konflikt z wykładowcą od fortepianu. Po tym zacząłem iść swoją drogą. I trwa to już 40 lat…
źródło: fakt.pl