Do historii polskiego kina przeszły jego produkcje: „Wakacje z duchami”, „Podróż za jeden uśmiech”, „Stawiam na Tolka Banana”, „Szaleństwo Majki Skowron”. Prywatne życie Stanisław Jędryka miał jednak poplątane. Reżyser kultowych filmów dla dzieci długo bał się zapytać, kim był jego ojciec. A potem było już za późno.

O tym, że chciałby kręcić filmy, Stanisław Jędryka wiedział od dzieciństwa. To była jego największa fascynacja. Znał wszystkie kina Zagłębia i Śląska (pochodził z Sosnowca). Do szkoły filmowej dostał się za pierwszym razem. Dlaczego został reżyserem filmów dla młodzieży? Pewnie trochę przypadkiem. No i dlatego, że w kinie dla dorosłych nie miał szczęścia.

Pracował nad swoim debiutem („Dom bez okien”) i w związku z tym, choć bardzo chciał, nie mógł kręcić filmu według scenariusza na podstawie „Disneylandu” Stanisława Dygata. Wziął go więc Janusz Morgenstern i tak powstała „Jowita”. Potem mógł reżyserować „Małżeństwo z rozsądku” (scenariusz został napisany właśnie z myślą o nim), ale on wybrał wtedy „Powrót na ziemię”, o wojennych traumach – bo temat wydał mu się bliższy niż komedia. I „Małżeństwo…” nakręcił Bareja.

W 1967 roku Stanisław Jędryka zrealizował swój pierwszy film fabularny dla młodych widzów – „Wyspę złoczyńców”, na podstawie pierwszego tomu przygód Pana Samochodzika, autorstwa Zbigniewa Nienackiego. Potem ekranizował prozę innego pisarza dla młodzieży, Adama Bahdaja. Nakręcił m.in. „Do przerwy 0:1” (i jego kinową wersję „Paragon gola”), „Wakacje z duchami”, „Podróż za jeden uśmiech”, „Stawiam na Tolka Banana”, „Szaleństwo Majki Skowron”.

Było lato 1970 roku 37-letni Stanisław Jędryka przebywał w Niedzicy koło Czorsztyna na planie serialu „Wakacje z duchami”, kiedy nadszedł telegram. Zmarła jego mama Karolina. Tego samego dnia pojechał do rodzinnego Sosnowca. Leżała w otwartej trumnie. Odmówił „Wieczny odpoczynek”. Noc spędził w sąsiednim pokoju, obok zmarłej. Długo nie mógł zasnąć. Przed oczami przewinęło mu się całe dotychczasowe życie, którego ważny etap właśnie dobiegł końca. Niewiele osób wiedziało, że było bardzo poplątane. I że zmarła wcale nie była jego biologiczną matką.

Bez słowa pożegnania
Stanisław był dzieckiem adoptowanym. Jego rodzice, Karolina i Józef, przed wojną prowadzili w Sosnowcu sklep. Nie mogli mieć własnych dzieci, więc przygarnęli najpierw Stefana. A potem jeszcze młodszego od niego o 10 lat Staszka.

O tym, że jego biologiczną matką jest pracująca w rodzinnym sklepie Helka, dowiedział się podczas wojny od Karoliny. Helka mieszkała na wsi. Miała narzeczonego. Gdy zaszła w ciążę, chłopak stchórzył i uciekł. Po urodzeniu dziecka wprawdzie wrócił, ale Helena już go nie chciała. Nie była jednak w stanie utrzymać siebie i dziecka, więc wyjechała do Sosnowca. Zatrudniła się u Karoliny i Józefa, którzy zgodzili się wziąć dziecko na wychowanie i dali mu nazwisko. Helena niemal codziennie widziała synka, ale nie mogła mu powiedzieć, że jest jego mamą… To było dla niej nie do zniesienia.

Kino dziecięce było chyba dobrym wyborem. Jak opowiadali później aktorzy jego filmów – Filip Łobodziński, Henryk Gołębiewski czy Agata Siecińska – miał dla nich wiele serca, rozumiał ich, nie stwarzał niepotrzebnego dystansu i starał się, by na planie były jak najlepsze warunki pracy.

Jędryka interesował się też dalszymi losami swych młodych aktorów. W połowie lat 90. XX wieku zrealizował o nich dokument „Tolek Banan i inni”. O swoim życiu opowiadają w nim: Filip Łobodziński, Henryk Gołębiewski, mieszkająca we Francji Agata Siecińska (Karioka), zamieszkały w Szwecji Sergiusz Lach (Filipek, zmarł w 2015 roku) i Andrzej Kowalewicz (Cygan).

Oprócz Lacha także dwaj inni aktorzy filmów Jędryki odeszli przedwcześnie. Jacek Zejdler (Tolek Banan) w 1980 roku prawdopodobnie popełnił samobójstwo (miał 25 lat). Marek Sikora, którego Jędryka wybrał do „Końca wakacji” i „Szaleństwa Majki Skowron” z kilku tysięcy kandydatów, zmarł w 1996 roku na udar mózgu (miał 37 lat, był mężem Grażyny Wolszczak). Edward Dymek (m.in. Mandaryn „Mandżaro”) zmagał się z biedą i chorobą alkoholową, zmarł w 2010 roku.

Reżyser nie miał własnych dzieci. Jego małżeństwo z aktorką Joanną Jędryką zakończyło się rozwodem (ona potem została żoną Krzysztofa Chamca, to małżeństwo jednak też nie przetrwało). Pozostała przyjaźń.

 

Czuł się odpowiedzialny
Stanisław Jędryka przez lata nosił w sobie ból związany ze śmiercią dziecka. Zimą 1959 roku jechał na święta do Sosnowca swoim nowym P-70 (poprzednik trabanta). Na fotelu obok niego siedziała Joanna, a z tyłu znajomy dziennikarz sportowy Ryszard Dyja i jego 7-letnia córka. Koło Piotrkowa Trybunalskiego samochód wpadł w poślizg.

Jędryka nie był doświadczonym kierowcą, mocno więc nadepnął pedał hamulca i auto uderzyło w przydrożny słup. Reżyser ze wstrząsem mózgu trafił do szpitala, Joanna wyszła z wypadku bez szwanku. Już w szpitalu dowiedział się, że pasażerowie z tylnego siedzenia odnieśli poważne obrażenia. W ich następstwie dziewczynka zmarła.

Jako kierowca czuł się odpowiedzialny za tę śmierć. Matka dziewczynki wieczorem zjawiła się w szpitalu. Krzyczała, że jest mordercą i powinien zgnić w więzieniu. Pojednali się 40 lat później na pogrzebie Ryszarda Dyi. Nie padło ani jedno słowo, ale kiedy reżyser podszedł z kondolencjami, wdowa mocno go przytuliła.

Jędryka odnalazł się w nowych czasach. Swój ostatni fabularny film „Czy ktoś mnie kocha w tym domu?” nakręcił w 1992 roku. Składał później scenariusze, ale na ich realizację nigdy nie było pieniędzy. Nie skarżył się. Pozostał klasykiem kina dziecięcego. Wszyscy pamiętali jego filmy, znacznie mniej osób – jego nazwisko. Przez lata, wypełniając kolejne urzędowe formularze, w rubryce „znaki szczególne” pisał „brak”. Po latach uznał to za błąd.

„Powinienem w tym miejscu napisać, że jestem synem dwóch matek i ani jednego ojca” – wyznał w autobiografii „Miłości mojego życia”.

Wiele lat temu przeszedł zawał. Chorował też na cukrzycę, zmagał się z niewydolnością nerek. Zmarł 22 kwietnia 2019 roku, w poniedziałek wielkanocny.

Sam nigdy nie lubił chodzić na pogrzeby. Napisał kiedyś, że nie będzie miał pretensji do tych wszystkich, którzy nie odprowadzą go podczas jego ostatniej drogi.

Jedynym życzeniem odnośnie własnego pochówku była pogoda. Żeby nie padało. Pochowano go 8 maja 2019 roku na warszawskich Powązkach, w dniu jego imienin. Tak jak chciał, tego dnia świeciło słońce.

źródło: film.interia.pl