Jest już sezon czy jeszcze niekoniecznie? Komu przyda się mapa grzybów i skąd ją wziąć? W każdym lesie są grzyby, ale najlepsze w Bieszczadach? I wreszcie: czy możliwa jest polska jesień bez śmiertelnych ofiar grzybobrania?

Jeszcze kilkanaście lat temu grzyby leśne w Polsce zbierały rok w rok śmiertelne żniwo, a ciężkie zatrucia, wymagające co najmniej leczenia szpitalnego, zdarzały się setkom rodaków. Obecnie zatruć jest od kilku do kilkudziesięciu rocznie (przykładowo: w 2017 roku – 24, 2015 – tylko dziewięć poważnych zatruć) i miewamy całe sezony bez zgonów (1,2).

Chociaż specjaliści podkreślają, że statystyki Głównego Inspektoratu Sanitarnego teoretycznie mogą być niepełne (np. nie uwzględniają zatruć lżejszych, o niejasnej przyczynie lub tych, do których dochodzi poza sezonem, w wyniku zatrucia np. przetworami, a także odroczonych w czasie konsekwencji zatrucia), tendencja jest niewątpliwie taka, że na grzybach jesteśmy ostrożniejsi. Nauka tym razem nie poszła w las i prowadzone przez lata działania edukacyjne przyniosły pewne efekty.

Nie ryzykuj, bierz pewniaka
Jest zdecydowanie lepiej, ale nikt raczej głowy nie da, że nie będzie zgonów w nadchodzącym sezonie. Wystarczy przecież, że jedna osoba pomyli muchomora zielonawego (zwanego kiedyś, błędnie, sromotnikiem, muchomorem sromotnikowym) z czubajką kanią, gołąbkiem zielonawym czy gąską zielonką. Uwaga – ta ostatnia u nas uważana jest za grzyb jadalny, a np. we Francji czy Niemczech za niebezpieczny i toksyczny, nawet zagrażający życiu (3).

Muchomor zielonawy to podstępny zabójca. Ponad 90 proc. śmiertelnych zatruć w Polsce to skutek spożycia właśnie tego grzyba. To nie tylko skutek jego wyjątkowej toksyczności, ale także niespecyficznych objawów zatrucia. Jak tłumaczył dr Paweł Grzesiowski z Centrum Medycyny Zapobiegawczej w TVN 24 (4):

Jeśli zjemy trującego grzyba, który nie był muchomorem sromotnikowym (zielonawym, przyp. aut.), najczęściej pojawiają się objawy jelitowe, takie jak bóle brzucha, biegunka, czy wymioty. Natomiast jeśli jest to ten muchomor, to przez pierwsze godziny nie ma żadnych objawów. Kilka godzin później występuje ból głowy, osłabienie oraz bladość.

– Toksyna w nim zawarta, czyli amanityna, nie daje objawów jelitowych. Dopiero po mniej więcej trzech dniach pojawiają się bardzo poważne objawy, właściwie uszkodzenia jelita. Po 3-4 dniach następuje poważne uszkodzenie wątroby i nerek. Jeżeli jeszcze zdąży się włączyć leczenie w specjalistycznym ośrodku – czyli dializy, wymianę białek krwi – to szanse na wyzdrowienie są na poziomie 50-60 procent. Nieleczony epizod zatrucia muchomorem sromotnikowym (zielonawym) prowadzi niechybnie do śmierci – dodał lekarz.

Ocenia się, że na ponad pięć tysięcy gatunków grzybów występujących w Europie spożycie jednego spośród 160 gatunków może doprowadzić do zgonu. Nawet krowiak podwinięty, znany też jako olszówka, uznawany jeszcze w latach 80. ubiegłego wieku za grzyb warunkowo jadalny (odpowiednio przyrządzony miał tracić toksyny), bywa zabójcą. Układ odpornościowy niektórych osób reaguje bowiem nieprawidłowo na jego składniki: wytwarza przeciwciała przeciwko ludzkim krwinkom, doprowadzając do ich sklejania, a w efekcie wyłączenia funkcji najważniejszych narządów.

Jak uniknąć zatrucia nie tylko tym grzybem, zwłaszcza gdy mamy dość marne doświadczenie w zbieractwie? Dr Rajmund Gołdys, ordynator Oddziału Gastroenterologii i Chorób Wewnętrznych w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym, a zarazem zapalony grzybiarz (5), radzi, by stawiać na pewniaki, bo sam właśnie tak robi:

Prawdziwki, podgrzybki, kurki. Takie, które trudno pomylić z jakimkolwiek innym grzybem. Jeśli jednak mam chociaż cień wątpliwości – zostawiam, nie ruszam. W „lekarskim” grzybobraniu nie ma miejsca na eksperymenty.

To nie jest taka zwykła mapa
Jeśli tylko uczta po zbiorach nie okaże się szkodliwą dla zdrowia, grzybobranie jest niewątpliwie fantastycznym sposobem spędzania czasu z rodziną. Niepowtarzalną okazją, by relaksować się na świeżym powietrzu. W kraju, w którym całe pokolenia unikają aktywności fizycznej, a ponad 40 proc. nie uprawia żadnego sportu (więcej na ten temat), trudno nie popierać chodzenia po lasach. Znacie kogoś, kogo by nogi tak na grzybach rozbolały, że nie chciał już dalej iść? A przecież nieraz to wielokilometrowe wędrówki.

Utarło się jednak takie przekonanie, że w lesie „coś znaleźć” mogą tylko osoby, które doskonale znają dany teren. Na nim zresztą też mają być tylko konkretne stanowiska grzybów, więc pechowcy, nawet z lasu pełnego borowików, maślaków, koźlarzy czy rydzów, mogą wyjść z pustym koszykiem. Szczególnie gdy nie trafią na wysyp.

Zofia Leszczyńska-Niziołek*, certyfikowana klasyfikatorka grzybów, zapalona miłośniczka grzybobrań i autorka niekonwencjonalnego przewodnika „Polowanie na grzyby”, przekonuje, że grzyby można zbierać cały rok, w zasadzie wszędzie. Wspaniałe okazy jadalnych grzybów rosną na łąkach, w zaroślach, na drzewach, a nawet na szkolnym boisku czy osiedlowym trawniku. I odwrotnie – tam, gdzie jeszcze niedawno były grzybne dywany, po kilku latach może spotkać nas rozczarowanie.

Przykładowo: miłośnik maślaków może bardzo się zdziwić, że w miejscu, w którym zbierał je co roku, „nagle” ich nie ma. Tymczasem to grzyby typowe dla młodego lasu. W dorosłym jest inny podszyt, pojawiają się nowe gatunki mchu i niespodziewanie w maślakowym lesie tych już nie ma, ale jest mnóstwo podgrzybków.
– To wszystko zresztą ciągle się zmienia: zależy od pogody, wilgotności, gleby… W danym miejscu grzybnia mogła nie wydać teraz owocników, ale wkrótce nas zaskoczy. Warto chodzić, szukać, obserwować, być otwartym na zmiany. Wtedy czekają nas miłe niespodzianki – przekonuje Zofia Leszczyńska Niziołek.

Czy w takim razie korzystanie z map grzybów ma w ogóle sens? Zdaniem specjalistki od grzybów jadalnych jak najbardziej. W ich powstawanie angażują się prawdziwi pasjonaci. Są one niezwykle dokładne i aktualne. Warto wiedzieć, że grzybiarze są bardzo aktywni w sieci. Najpopularniejsze strony nie tylko odwiedzają tysiące ludzi, ale też dzielą się na nich swoimi doświadczeniami.

A co z tym wysypem grzybów?
Ekspertka zapewnia, że za wysyp możemy realnie uznać okres od końca sierpnia do końca października, chociaż to nie oznacza, że we wszystkich regionach jest w tym samym czasie i nasileniu. Owszem, bywa i tak, że po intensywnych opadach niemal w całej Polsce wraz ze słońcem pojawiają się tysiące pysznych kapeluszy. W jednym sezonie bywa tak, że wysypów jest nawet kilka i trwają wiele dni, ale tu całkowicie jesteśmy skazani na kaprysy pogody.

Skoro grzyby można zbierać w zasadzie wszędzie, przez cały rok (chociaż jest to niewątpliwie trudniejsze zadanie niż podczas wysypu), czy jest sens jeździć na grzybobranie wiele kilometrów? Zofia Leszczyńska-Niziołek zapewnia, że tak i poleca przede wszystkim wyprawę w Bory Tucholskie lub Bieszczady. Tamtejsze zróżnicowane gatunkowo lasy obfitują także w różnorodne, niejednokrotnie unikalne, gatunki grzybów.

źródło: zdrowie.gazeta.pl