Pamiętacie losy bajecznie bogatej rodziny Carringtonów? Alexis wciąż młoda? Była gwiazdą, jak żyje dziś?

Choć większość jej sławnych rówieśników przeszła do historii, gwiazda Dynastii zapewnia, że nigdzie się nie wybiera. To nie żart. Jej ostatnie tournée teatralne okazało się sukcesem, ale Joan Collins, zamiast odcinać kupony, szykuje się do kilku ról w serialach i piątej już autobiografii. „Uwierzcie mi, po 75 latach w show-biznesie mam o czym pisać!” – przekonuje. I należy jej wierzyć.

Widownia opery w Buxton w angielskim hrabstwie Derbyshire. W ociekającej złoceniami sali na każdym z 903 foteli siedzi ktoś, kto zapłacił co najmniej 50 funtów za przywilej spędzenia wieczoru z aktorską legendą.

Unscripted (tłum. – Bez scenariusza) to improwizowana rozmowa Joan Collins z widownią o jej życiu i przygodach w Hollywood. Na scenie wspiera ją mąż Percy Gibson. Buxton to jeden z przystanków na trasie teatralnego tournée Collins po miastach Anglii.

„Aż tyle was przyszło na spotkanie ze starszą panią?” – żartuje ze sceny legendarna aktorka. Sala wybucha śmiechem, uznając to za żart. Collins skończyła wprawdzie 85 lat, ale o jej wieku świadczy wyłącznie metryka. W różowej, połyskującej cekinami sukni z rozcięciem do pół uda i na 10-centymetrowych szpilkach wygląda, jakby właśnie zeszła z planu Dynastii.

Proszę nie całować!

„Byłam dzieckiem równie ślicznym, jak pozbawionym charakteru” – wyznaje ze sceny Collins. Gdy matka wyprowadzała ją na spacer w wózku, jej uroda budziła na ulicy taki entuzjazm, że wkrótce na wózku zawisła kartka z napisem „Proszę nie całować!”.

Choć najstarsza z trojga rodzeństwa, długo była oczkiem w głowie całej rodziny. Przez jej dom przewijali się aktorzy, komicy, akrobaci i brzuchomówcy, bo ojciec Joan był znanym agentem teatralnym, babcia tancerką wodewilową, a matka aktorką rewiową. Rodzice wcześnie posłali ją na lekcje baletu i eleganckiej wymowy.

I chwalili się utalentowaną Joan przed znajomymi. „Nie pamiętam dokładnie, kiedy przestali. Może wtedy, gdy na świat przyszła moja siostra Jackie. A może gdy musiałyśmy wyjechać z mamą z Londynu, bo zaczęła się wojna i bombardowania miasta?” – wspomina aktorka w poświęconym sobie spektaklu.

W czasie wojny przemieszkiwała z matką i siostrami w „dziwnych domach i miasteczkach”. Zdarzały im się krótkie powroty do stolicy, które oznaczały noce w schronach przeciwlotniczych. W czasie wojny Joan chodziła do 13 różnych szkół i była świadkiem wielu traumatycznych zdarzeń. Sprawiły, że z beztroskiej dziewczynki zmieniła się w wycofane dziecko, uciekające w świat wyobraźni. Puentą pasma nieszczęść były narodziny jej brata Billa.

Ojciec niemal z dnia na dzień przestał poświęcać jej uwagę, którą teraz obdarzał wyłącznie syna. Gdy to do niej dotarło, postanowiła… zostać chłopcem. Miała 13 lat, gdy wyrzuciła swoje sukienki i zaczęła ubierać się w męskie koszule.

Mimo że nie znosiła sportu, odtąd co weekend towarzyszyła ojcu na meczach jego ulubionej drużyny piłkarskiej. On po powrocie z takich wypadów do domu i tak zapominał o córce i bawił się wyłącznie z synem. Przez lata płakała przez to w swoim pokoju. „Dopiero po trzecim rozwodzie odkryłam na terapii, że przez większość życia miałam klasyczny kompleks ojca, przez co wybierałam sobie niedostępnych mężczyzn, a potem o nich walczyłam. Ci, którzy zabiegali o mnie, kompletnie mnie nie interesowali. Oczywiście kończyło się to dla mnie fatalnie” – wyznała w autobiograficznym spektaklu.

Zanim zmieniła życiową strategię, spróbowała raz jeszcze zrobić na ojcu wrażenie i zdała do prestiżowej Królewskiej Akademii Sztuk Dramatycznych.

Oni mogli wszystko

Ojciec decyzję pochwalił i skwitował pouczającym wykładem: „Pamiętaj, w tym biznesie karty rozdają mężczyźni pozbawieni skrupułów. Jeśli nie chcesz szybko stracić atrakcyjności, szanuj się i uważaj na siebie”.

„Długo się tego trzymałam – przekonuje w przedstawieniu Collins – ze szkodą dla mojej kariery!”. Tu akurat nie wiadomo, co jest prawdą, bo Joan zaczęła karierę szybko i przebojowo. Na pierwszym roku studiów pracowała jako modelka dla kobiecych magazynów, na drugim miała agenta, który załatwiał jej pierwsze rólki filmowe.

Dla nauczycieli z Królewskiej Akademii był to upadek. Ich opinie o Collins były krytyczne: „Studentkę tę hamuje przed poczynieniem postępów brak osobowości. Gdyby zdecydowała się na przemówienie własnym głosem, jej aktorstwo stałoby się bardziej wiarygodne. Inaczej pozostanie jej gra w filmach” – napisali w jednym ze szkolnych raportów. Zamartwiała się tym, bo wtedy jeszcze marzyła o rolach szekspirowskich, a epizody filmowe traktowała jak dorabianie do kieszonkowego.

Plan filmowy ją nudził: „Wielogodzinne czekanie na ujęcia w zimnych halach i faceci, którzy proponowali mi odwiezienie do domu po wspólnej kolacji w ich sypialni”. Starszawym i grubym odmawiała. Ale umówiła się z Mawellem Reedem, przystojnym aktorem, który na pierwszej randce dosypał jej czegoś do wina i ją zgwałcił.

„Były wczesne lata 50. – wspomina Collins na spotkaniu w Buxton. – Miałam 19 lat i byłam tak naiwna jak dzisiejsze ośmiolatki. Uznałam, że skoro Max pozbawił mnie dziewictwa, powinnam za niego wyjść. I tak też zrobiłam. Fakt, że niedługo po naszym ślubie chciał mnie „udostępnić” arabskiemu szejkowi w zamian za dziesięć tysięcy funtów, sprawił, że cztery lata później się z nim rozwiodłam”.

Rozstanie ułatwił kontrakt ze studiem 20th Century Fox. Miała 22 lata, przyjechała do Hollywood i spotkała swoich aktorskich idoli: Lanę Turner, Richarda Burtona i Elizabeth Taylor. „Włożyłam sporo wysiłku, by udawać, że nie robi to na mnie wrażenia” – żartuje po latach. Ale ten sukces miał swoją ciemną stronę. Collins dała się wpuścić w pułapkę tzw. kontraktów studyjnych – musiała występować w dużej liczbie filmów za niewygórowaną stawkę, niezależnie, czy grała rolę główną, czy epizod. W nowym środowisku czekały też na nią inne niespodzianki. Kiedyś Darryl F. Zanuck, dyrektor jej studia, przyparł ją na korytarzu do ściany, by opowiedzieć o swoim penisie: „Mogę używać go przez całą noc” – wydyszał jej do ucha.

Kopnęła go w przyrodzenie, co bynajmniej nie sprawiło, że przestał składać jej propozycje. Zresztą nie on jeden. „Na jednej z pierwszych imprez w Hollywood, na których się znalazłam, pewien reżyser po prostu do mnie podszedł, szarpnął za suknię z dekoltem, obejrzał moje piersi, po czym mrugnął porozumiewawczo do kolegi: Może być!”.

Joan podczas spektaklu wyznaje wiele podobnych rzeczy: „Kilka lat później usłyszałam od asystentki, że reżyser czeka na mnie, by omówić rolę. Okazało się, że za wskazanymi drzwiami była łazienka, a w niej nagi reżyser w wielkiej wannie: Wskakuj, dziecino, i udowodnij mi, jak bardzo zależy ci na roli… – rzucił bez cienia skrępowania. Gdy odmówiłam, powiedział: Masz już 25 lat! W tym biznesie to dla kobiety podeszły wiek!”.

Tamtą rolę dostała inna aktorka. Collins zagrała epizody w sześciu innych filmach. Za swój największy sukces z tamtego czasu uważa to, że dotrwała do końca kontraktu. A gdy wygasł, nie została bezrobotna, choć ominęła ją większość atrakcyjnych ról, o które się starała.

„Nie miałam zadatków na gwiazdę w ówczesnym stylu – komentuje tamten okres swojej kariery.

– Były nimi m.in. Elizabeth Taylor i Lana Turner. Miały sztaby asystentów i stylistów, szafy wielkości domów, a na planie zachowywały się jak rozkapryszone diwy. Ja lubiłam sama się malować, ubierałam się jak Juliette Greco i nie znosiłam stroić fochów, co – mam nadzieję – zostało mi do dziś. Miałam opinię życzliwej wobec ekipy i niedotykalskiej. Wówczas oznaczało to, że sama decydowałam, z kim sypiam. A nie że nie sypiam z nikim”.

Gdzie ci mężczyźni?

Jak „niedotykalska” została skandalistką, która zmieniała mężów jak rękawiczki „Gdybym była mężczyzną, moje życie osobiste nie budziłoby żadnej sensacji – uważa Collins. – Ale dla kobiety, nawet w dzisiejszych czasach, mieć więcej niż dwóch mężów to skandal”. Amerykańska prasa plotkarska po raz pierwszy pisała o Joan Collins z powodu jej romansu z Harrym Belafonte. Potem było głośno o jej związku z Warrenem Beattym, z którym się zaręczyła i przez którego została oszukana – Warren miał zwyczaj flirtowania z wieloma kobietami naraz, a ona pragnęła wtedy nie tylko wyłączności, ale chciała też założyć rodzinę.

To sprawiło, że oświadczyny kolejnego narzeczonego, aktora Anthonyego Newleya, przyjęła bez wahania. Urodziła córkę i syna, po czym znów się rozwiodła. Oficjalnym powodem było to, że Newley też wolał nowe podboje od rodzinnej sielanki. Szokiem okazała się jednak wydana pod koniec zeszłego roku książka jej syna Alexandra, w której oskarżył ojca o molestowanie seksualne.

Collins utrzymuje, że niczego się nie domyślała: „Szkoda, że dowiedziałam się o tym z prasy, syn mnie nie uprzedził o swoich wyznaniach. Mojego byłego męża nie widziałam od prawie 40 lat. Kiedy byliśmy rodziną, nigdy nie byłam świadkiem niczego, co usprawiedliwiałoby takie oskarżenia. Gdybym była, pierwsza pobiegłabym na policję”.

Następca Newleya, menedżer muzyczny i producent filmowy Ron Kass, był jej trzecim mężem przez 11 lat (jest też ojcem jej córki Katyany). Związek nie wytrzymał jego uzależnienia od kokainy. Dla Joan oznaczało ono m.in. ciągłe wizyty komorników, bo Kass poważnie zadłużył swoją firmę i w końcu doprowadził ją do bankructwa. „Czara się przepełniła, gdy nie tylko zarekwirowali mój samochód, ale i wynieśli z kuchni wszystkie garnki!” – napisała w swojej książce Second Act.

Z czwartym mężem, szwedzkim piosenkarzem Peterem Holmem, wytrzymała już tylko niecałe dwa lata. Tym razem przyczyną rozpadu małżeństwa była nuda: „Był tak błyskotliwy jak ta poduszka. Chociaż nie, w porównaniu z nim ta poduszka wydaje się intrygująca!” – Collins w swoich ironizujących monologach scenicznych nie oszczędza żadnego z byłych partnerów.

Jedynie o obecnym partnerze, młodszym od niej o ponad 30 lat menedżerze teatralnym Percym Gibsonie, mówi „miłość mojego życia”. Są razem 17 lat, bo – jak twierdzi Joan: „Po raz pierwszy zakochałam się w kimś, kto najpierw był moim przyjacielem. Poza tym Percy pochodzi z Peru, a w Ameryce Południowej dojrzałe kobiety traktuje się inaczej niż w Europie i Stanach”.

Widzom swojego autobiograficznego show Collins podsuwa też prostą receptę na udany związek: „Kochani! Oddzielne łazienki! Koniecznie!”. Pytana, czy tak duża różnica wieku między nią i mężem jej nie niepokoi, odparowuje z uśmiechem: „Jeśli Percy umrze pierwszy, będzie mi smutno”.

Gwiazda mimo woli
Zanim zaznała małżeńskiej sielanki u boku latynoskiego męża i zaczęła być uznawana za legendę show-biznesu, musiała się zmierzyć z wieloma niepowodzeniami zawodowymi. Po kolejnym rozwodzie i latach spędzonych w Hollywood wróciła do Anglii. I – jak wspomina – był to szok. Musiała utrzymać rodzinę, więc grała we wszystkim, co trafiło na biurko jej agenta. Głównie w horrorach klasy B, których nikt dziś nie pamięta.

Lepsze role dostawała dzięki koligacjom rodzinnym. Wystąpiła m.in. w kilku ekranizacjach bestsellerowych skandalizujących powieści jej młodszej siostry Jackie: The Stud (Ogier) i Bitch (Suka). Nie zebrały dobrych recenzji, ale pozwoliły jej dobrze zarobić. Telefon od wszechmocnego producenta telewizyjnego Aarona Spellinga, który proponował jej rolę w podupadającym serialu Dynastia, przyjęła bez entuzjazmu – „jeszcze jedna chałtura dla chleba”.

„O tym, że dostałam angaż, dowiedziałam się dwa tygodnie przed zdjęciami – wspomina. – Wiedziałam, że producenci nie mają czasu szukać nowej aktorki, więc postawiłam warunek: moja bohaterka będzie się ubierać w ciuchy od najlepszych projektantów! Kostiumografowie z Dynastii wyobrażali mnie sobie w tweedowych kostiumikach, a ja zażądałam kreacji od Yves’a Saint Laurenta! I postawiłam na swoim. Do dziś kocham zwariowane lata 80. i ich szalony glamour!”.

Collins rolą Alexis nieoczekiwanie dla siebie samej przeszła do historii kina. Jej pojawienie się w drugim sezonie serialu wywindowało niezbyt popularną produkcję na szczyt rankingów oglądalności najpierw w USA, a wkrótce na całym świecie. Joan była za swoją rolę sześciokrotnie nominowana do Złotych Globów oraz do Nagrody Emmy. Wykreowana przez nią postać Alexis Colby (jeden z pierwszych serialowych kobiecych czarnych charakterów) stała się bohaterką masowej wyobraźni.

Plotkarska prasa szybko zaczęła mylić to, co robiła Alexis, z życiem Joan, a producenci serialu chętnie podsycali te nieporozumienia wymyślonymi historiami. Collins z prasy dowiadywała się, że jest bezwzględną modliszką albo mściwą pożeraczką męskich serc. I taką właśnie ją pokochano! Nagle wszyscy chcieli wiedzieć, gdzie mieszka, z kim się spotyka, jakie ciuchy nosi. Ale to nie zmyślone plotki denerwowały ją najbardziej, tylko to, że ona uważała Alexis za postać pozytywną. I że była w tym odosobniona: „Alexis walczyła o swoje z bezwzględnością, bo czuła, że jako kobieta jest na przegranej pozycji! – perorowała Joan w jednym z wywiadów. – Wiem, o czym mówię, i naprawdę ją rozumiem. Problem w tym, że na początku lat 80. postać silnej kobiety nie wzbudzała podziwu, tylko szokowała. Dlatego do dziś Alexis ma łatkę złej kobiety, podczas gdy tak naprawdę była tylko kobietą, która nie chciała przegrać”.

Collins nie kryje też, że z czasem wiele nauczyła się od swojej bohaterki. Gdy większość aktorek w serialu przyjmowała czek za rolę bez zadawania pytań, ona nieustająco wymagała, by płacono jej tyle samo, co grającemu główną rolę męską Johnowi Forsythowi. I jej stawka rosła z odcinka za odcinek! Tyle że… Forsytha również. Gdy w ostatnim sezonie Joan wywalczyła wreszcie dla siebie honorarium wyższe od niego, jej rolę wykreślono z pięciu odcinków, bo stacji nie było już na nią stać. Żadna z jej późniejszych telewizyjnych i filmowych ról nie powtórzyła sukcesu Dynastii, ale Collins zupełnie nie żałuje, że dożywotnio zaszufladkowano ją jako Alexis.

Od lat uznaje, że skoro nie została aktorką szekspirowską, sensem jej pracy jest zarabianie na rodzinę i własna finansowa niezależność. I ten cel z pewnością osiągnęła. Ma domy w Londynie, Saint-Tropez, Nowym Jorku i Los Angeles. Napisała 16 książek, w tym cztery autobiografie, a teraz zamierza stworzyć następną, „bo od ostatniej upłynęło sześć lat, a w tym czasie wiele się przecież zmieniło!”.

Gdy ostatnio zagrała w serialu American Horror Story, natychmiast podniosła się jego oglądalność. Ostatnio Joan podpisała kontrakt na kolejny serial Hawaje 5.0. Sama prowadzi też swoją stronę internetową i profil na Instagramie. Co można na nich znaleźć? Poza jej zdjęciami, na których wciąż świetnie się prezentuje, sentencje w stylu: „W dzisiejszych czasach wystarczy mieć własne zdanie, żeby kogoś obrazić” czy „Życie jest za krótkie, by zadowolić wszystkich. Powinno się uczyć dzieci w szkole, żeby nawet nie próbowały”. Ona w każdym razie już dawno to sobie odpuściła…

źródło: styl.pl