Pierwszy odcinek „Big Brothera” za nami. Spodziewałam się przynajmniej wciągającej rozrywki z barwnymi bohaterami. Dostałam dwie nudne godziny z ludźmi, którzy w ogóle mnie nie obchodzą. Szkoda.

Muszę przyznać, że na ten dzień trochę czekałam.

Pierwsza edycja „Big Brothera” zapisała się w mojej pamięci jako wydarzenie, którym żyli wszyscy.

Rozmawialiśmy o tym na przerwach z kolegami i oglądaliśmy w domach z rodzicami. Znam takich, co nagrywali na kasety wideo odcinki, których nie mogli obejrzeć.

Choć nie znaliśmy wtedy pojęcia „guilty pleasure”, tym właśnie był dla nas „Big Brother” – trochę wstyd było oglądać, ale ciekawość była w nas ogromna.

A z drugiej strony, jeśli ktoś nie oglądał, to dobrowolnie skazywał się na społeczne wykluczenie. No bo o czym rozmawiać z takim, co nie kojarzy Manueli czy Gulczasa?

Żadna z kolejnych edycji nie wzbudzała takich emocji.

Ani żaden inny reality show nie podbił tylu serc. Pierwszego „Big Brothera” pamiętają wszyscy.

Dlatego gdy okazało się, że TVN chce wskrzesić swój przebojowy program, obudziła się we mnie nostalgia.

Choć wiadomo było od początku, że nic nie powtórzy sukcesu pierwszej edycji, liczyłam na to, że nowa będzie choć w połowie mnie tak interesować, jak pierwsza.

Niestety. Nie obchodzi mnie wcale.

Pierwsze rozczarowanie przyszło już na samym początku, gdy usłyszeliśmy nową, specjalnie napisaną na potrzeby nowej edycji „Big Brothera” piosenkę. No niestety – utwór jest przeciętny i zupełnie bez polotu.

Lepiej byłoby, gdyby odświeżono piosenkę „Poznaj siebie” De Mono z pierwszej edycji – dobrze znane dźwięki i słowa mogłyby przywołać sentymenty i sprawić, że patrzylibyśmy na program z większą sympatią.

Ale nie.

Nieciekawa piosenka okazała się niestety zwiastunem równie nieciekawego programu.

Agnieszka Szulim, która jest główną prowadzącą reality show, wyglądała trochę tak, jak by sama się nudziła.

Pozbawionym emocji tonem witała kolejnych gości i zadawała im te same pytania.

Tymczasem obok, w studiu „nocnym”
(którego zamysł nie jest dla mnie do końca jasny), zasiadł Filip Chajzer.

O tym, że będzie współprowadzącym dowiedzieliśmy się na kilka godzin przed emisją pierwszego odcinka.

Po tym, jak stał się wrogiem numer jeden polskich feministek, ten wybór może dziwić.

Internauci nie szczędzili mu ostrych słów w licznych tweetach, które pojawiły się w trakcie emisji odcinka.

Ale najgorszym elementem tego programu są sami uczestnicy.

To, co stanowiło o sukcesie pierwszej edycji – bezpretensjonalni, różnorodni, kochający zabawę i wyluzowani bohaterowie, tutaj zostało zamienione w grupę sztucznych, podobnych do siebie osób, z których prawie żadna się nie wyróżnia.

Widać, że próbowano wprowadzić jakieś charakterystyczne osoby – mamy tu cieślę, boksera, raperkę, modela czy psychologa.

Próbowano na siłę wyeksponować u nich jakieś wyróżniające z tłumu cechy – najbardziej absurdalny przykład to kilkunastokrotne powtórzenie, że jedna z uczestniczek jest weganką, przy jednoczesnym przemilczeniu wszystkiego innego na jej temat.

– Czy ona ma jakiś zawód? – zapytała koleżanka z redakcji.

Ale tego się nie dowiedzieliśmy. Wiemy natomiast, co zrobi, jeśli otworzy lodówkę i zobaczy w niej mięso (dla zainteresowanych: nic nie zrobi. Przeżyje to).

 

Посмотреть эту публикацию в Instagram

 

Justyna 🐾☘️ #bigbrothertvn7 #tvn7 #bigbrotherpolska #bigbrother #bigbrother2019 #BB #bbtvn7 #wielkibratpatrzy #wielkibrat

Публикация от Big Brother TVN 7 (@bigbrother.tvn7)

Eksponowanie cech szczególnych na nic się produkcji zdało. 16 uczestników, którzy zamieszkali dziś w domu Wielkiego Brata, zlewa się w jedną całość.

Wszyscy są młodzi, piękni, zgrabni i są influencerami.

Ze wszystkich zapamiętałam lepiej nie więcej niż cztery osoby: Radka Palacza – Ślązaka – patriotę, który ma długą brodę i wchodził do domu jako pierwszy, dlatego trudno było o nim zapomnieć,

Justynę Żak – bo jest weganką, o czym usłyszeliśmy 15 razy, Magdę Wójcik – kolorową, zabawną postać, która po latach mieszkania na wyspach, doskonale włada „ponglishem”,

wplatając angielskie słówka w polskie zdania, oraz Natalię Wróbel – bo jest osobą, która sprawia, że można zwątpić

w to, że feministki mają jakiekolwiek osiągnięcia na koncie, a kobiety cokolwiek innego do roboty niż rozglądanie się za mężczyzną do „upolowania”.

Zdaję sobie sprawę z tego, że „Big Brother” nie jest rozrywką najwyższych lotów.

Ale liczyłam na to, że TVN dobierze nieco ciekawszych bohaterów i w bardziej pomysłowy sposób odświeży format.

Czy obchodzi mnie, kto odpadnie jako pierwszy?

Ani trochę. Czy włączę telewizor, by sprawdzić, co słychać w domu Wielkiego Brata?

Pewnie tak – ale to dlatego, że dzisiejszy odcinek był dopiero wprowadzeniem.

Właściwą „akcję” zobaczymy dopiero jutro. Wnosząc jednak po prezentacji bohaterów, coś mi się wydaje, że zamiast dobrej zabawy dostaniemy nudną imprezę, na której wszyscy będą podpierać ściany.

Żródło : wppl